O jakieś trzy za późno.

Potraktowałaś mnie jak śmiecia i w sumie nie bardzo się zdziwiłem, gdy napisałaś, że teraz masz już to wszystko gdzieś. Już brak zdziwienia powinien być czerwonym alarmem jednak przeprogramowałaś moje rozsądne myślenie na to, co właśnie dzieje się w mojej głowie. Wiadomości w środku nocy nigdy Ci nie wychodziły i ta też nie była dobra.

Kilka razy wyłamałaś się z tej reguły, ale to wciąż tylko kilka. Liczyłem, że po takim czasie zasłużyłem sobie na byś powiedziała mi to prosto w oczy, ale myliłem się. Odpowiedziałem, że możesz już o mnie zapomnieć, bo przecież nie będę robił niczego przeciwko Tobie. Czytałem tą wiadomość kilka razy, żeby upewnić się do treści, aż upewniłem się tak, że zrobiło mi się niedobrze. Później było tylko gorzej. Nigdy wcześniej się Tobą tak nie rozczarowałem, ale ok, nie ma już o czym mówić. Zapomnij o mnie po prostu i miej tyle honoru, żeby nie wracać i nie próbować znowu.

Chciałem tylko, żebyś była szczęśliwa, za dużo chciałem. Po tamtej sytuacji nie chciałem niczego, ani wstać z łóżka, ani zasnąć. Nie chciałem wychodzić z domu, nie miałem ochoty na nic. Różne rzeczy przychodziły mi do głowy i nie było w tym nic mądrego. Ból utrudniał oddychanie, ale przecież to nic takiego. Tak łatwo przyszło uśmiercić to, co było między nami, w imię czego? A teraz jakaś kolejna leży obok i znowu jest środek nocy i na pewno nie jest tak jak powinno być. Kurwa mać, to takie bez sensu. Ona wstanie rano, a wieczorem obejrzy film ze swoim chłopakiem i będą się zachowywali jakby nic się nie stało. My też i to jest najgorsze. Nie wiem czy potrafię być choć trochę lepszym, ale gorszym na pewno. Tego akurat jestem pewien udowadniając sobie kilka razy w tygodniu poprawę. Piszesz, że miałaś coś innego na myśli i pewnie sama w to nie wierzysz, wygląda to beznadziejnie. Takie tłumaczenie jest zupełnie nie w Twoim stylu. Jest słabe, co dodatkowo łamie mi, nazwijmy to, sercem. Wyrządziłaś bałagan, którego nie da się zamieść pod dywan. Nie sądzę, żebyśmy nie potrafili. Sądzę, że to kiepskie wyjście i żadne rozwiązanie. Wypominamy sobie wzajemnie kilka ostatnich dni, ustaleń, że mieliśmy siebie nie pouczać w takich chwilach. Mogę przestać mówić jeśli wolisz się całować, albo rozebrać przede mną. Później zabiorę Cię z powrotem do miasta i zostawię zupełnie jak Ty mnie ostatnim razem. Nie odpowiem na Twój telefon, bo przecież lubimy to sobie robić. Lubimy przyglądać się jak druga strona wypruwa sobie żyły wysyłając kolejną wiadomość przechodząc przez wszystkie stany emocjonalne. Jakoś nas to dziwnie kręci, boję się oceniać, nie chcę. Już nie mogę, bo jestem w rozsypce, ale akurat naszła Cię ochota na zabawę uczuciami, a przeprosiłaś mnie dopiero po czterech dniach. O jakieś trzy za późno.

O jakieś trzy za późno.