Pocałowałaś mnie w policzek.

Bez znieczulenia przypominasz, że jesteśmy dorośli, że jesteś niezastąpiona. Nasze ponowne zetknięcie warg to coś więcej niż spowszedniały pocałunek niebezpiecznego przyzwyczajenia. Tracę na chwilę dech jakbym właśnie umierał, gdy odchodzisz i ponownie całujesz mnie na pożegnanie. Stoję schowany gdzieś w mroku i przyglądam się Twoim ruchom, później pozornie sama stawiasz czoła tym, dla których to tylko puste słowa. Jeszcze nim rzeczywiście będę musiał odejść widzę Cię siedzącą obok i wtulająca w moje ramiona, stęsknioną za byciem wyjątkową i jedyną, ciągle nieświadoma swojej dla mnie roli.

Obejmuję Cię w talii, czuję jak Twoje długie włosy opadają bezgłośnie na moje dłonie i mocno lubię, gdy jesteś speszona i, gdy tańczysz pośrodku świata cudzych spraw. Ten widok, gdy rozświetlasz zasępiony pokój, i wprowadzasz kolory w czarnobiałe życie nieskończonych obrazów, z których rezygnowano bez mrugnięcia okiem jak ze mnie. Nie potrzebujesz muzyki, a ja potrzebuję Ciebie, żeby łapać życiodajny oddech. Głębia uczciwości w Twoich oczach jak gdyby właśnie ode mnie zależało jutro, łącznie z tą głębią jakbyśmy właśnie spacerowali plażą w burzowe popołudnie. Tylko ode mnie zależy Twoje bezpieczeństwo wtedy, jak ból głowy teraz, bo bez obecności nie przejdzie, bez pocałunku w skroń tym bardziej.

Od kilku dni planowałem nieco bardziej wyszukaną kolację, abyś mogła uśmiechnąć się zasiadając do niej z myślą, że to tylko dla Ciebie. Żebyś mogła odczuć, że słowa nie pozostają jedynie słowami i nie potrzebujemy sztucznie specjalnych okazji, bo kiedy jesteś w pobliżu każda jest lepsza od tamtych. Szukałem myślami smaków i potraw, które mógłbym przygotować, które mogłyby Ci smakować. Niestety pracowałem do późna, przez co zdążyłem jedynie zrobić zakupy. Z planowania wyszło niewiele, ale Tobie zupełnie to nie przeszkadzało. Nie narzekałaś, że zaprosiłem Cię na jedzenie, które dopiero będzie trzeba przygotować. Pomagałaś mi zadowolona wciąż opowiadając od dniu i poprzednim. Co chwilę traciłem koncentrację, bo jako facet nie mogłem patrzeć obojętnie. Ciepłym wzorkiem śledziłaś moje, dla Ciebie, starania. Z wdzięcznością pocałowałaś mnie w policzek, aż zaniemówiłem przez chwilę.

Odwracasz się do mnie i ściągasz niebo do moich snów mrugnięciem długich rzęs ze spokojem przypominając dlaczego jestem zadłużony w Twoich ramionach, w dotykaniu ich. Moje bycie obok nieistotne, bo staram się ubrać w słowa niewypowiedziane, ale łapiąc mnie za dłoń chwytasz mnie za serce i nie potrafię, nie chcę zatrzymać tych emocji wypełniających moje wnętrze. Jeszcze nie wiesz jak działa na mnie Twoja sukienka i jej szelest, gdy opada ściągnięta. Nie wiesz jeszcze, co się stanie, gdy za oknem rozpęta się piekło, a między nami rozstąpi się ziemia.  Codziennie odkrywamy się na nowo, każdego dnia ponownie ofiarowuję Ci moje zaufanie, Ty ścielisz nasz dzień wspólnymi marzeniami. Kiedy się wyłączam znowu siedząc sam, nie pozwalasz skaleczyć się ciągłym roztrząsaniem tego, co życie rzuca na barki, zamiast tego szepczesz kojąc każdą z ran na przestrzał. Odgadując moje pragnienia zabierasz mnie stamtąd, nawet, gdy jestem nie do wytrzymania, bo znowu plan nie zrealizował się jak powinien.