Coraz rzadziej muszę spędzać czas z ludźmi, dla których materializm to coś więcej niż religia

Spoglądam na moich przyjaciół. Za każdym razem podobnie wpadając w trans, bo stają przede mną ludzie, dla których nie liczy się to czy do pracy jadę autobusem linii 89 (wpierw chciałem napisać 69, ale to liczba przeklęta!), czy Ferrari F12 Berlinetta (Czerwonym, Rosso Maranello). Liczba 12 też jest przeklęta jakby ktoś pytał.

Coraz rzadziej muszę spędzać czas z ludźmi, dla których materializm to coś więcej niż religia i wierzą, że oparcie warto mieć w kimś, ale jeszcze lepiej byłoby się opierać o fotel choćby czerwonego Ferrari właśnie.

Cieszę się, bo to grupa wspaniałych, która jest daleka od takich celów, od takich rozmów, od podniecania się ilością, wartością i ceną. Wcale nie tęsknię za historiami, co kto sobie gdzie kupił i ile zarobił, i co dał tata, dziadek i wujek, a na co wystarczyło ze zmywaka w Anglii. Nie muszę i nie chcę słuchać o tym, że ktoś jest takim zdolnym Januszkiem biznesu, że sam dorobił się Bentleya i willi w Portugalii będąc jeszcze w wieku mojego młodszego brata.

Liczy się dla mnie świadomość, że ktoś bliski niedawno wstawił okna, albo rozgląda się za własnym mieszkaniem, bo jest możliwość postawienia tego kroku. Jeszcze ktoś inny nabył alufelgi i po kilku długich godzinach naprawił zamek w aucie. Kudos Kochani!

Dzięki R.


Tańczyć w deszczu i śmiać się do łez