Dwa miesiące temu

Styczniowy, chłodny wieczór. Zostałem sam na sam z myślami, a zamiast tego należało zakładać garnitur. Już wtedy powinienem był się uśmiechnąć. Nie zrobiłem tego i wiecznie spóźniony czterdzieści minut po czasie dotarłem do Opery. Usiadłem przy stole jeszcze nieświadomy, że to wydarzy się właśnie dzisiaj.

Po chwili wszystkie miejsca zostały zajęte. Podnosząc wzrok po raz pierwszy zobaczyłem Ciebie. Siedziałaś w czarnej kreacji kilka miejsc dalej. Zdawało się, że nie zwracałaś na mnie uwagi. Zdawało się, że wszystko sprowadziło się do krótkiego uśmiechu, do opuszczonego wzroku. Godziny upływały szybko, a ja szukając okazji starałem zamienić się z Tobą choćby kilka słów. Zerkałem na Ciebie, gdy tańczyłaś, gdy śmiałaś się i żartowałaś. Zastanawiałem się dlaczego przyszłaś sama, bo przecież jesteś śliczna i pewnie nie możesz narzekać na brak zainteresowania. Zamiast odpowiedzi zatańczyliśmy kilka razy, w kilku słowach opowiedziałaś mi jak podoba Ci się wieczór i co robisz na co dzień. Pamiętam naszą pierwszą wymianę zdań i nie masz pojęcia jak się wtedy denerwowałem. To było kilka godzin wcześniej przy stole.

Jakiś czas później siedziałaś na scenie i patrzyłaś na tańczących ludzi. Nie mam pojęcia czy zauważałaś wówczas mój wzrok, moje Tobą zainteresowanie. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w środy wstajesz o 5:30, ani o tym, że kilka lat temu paskudnie się poparzyłaś, a chciałaś zrobić tylko mrożoną kawę. Nie miałem pojęcia, że treningi tańca aż tyle dla Ciebie znaczą i, że w ogóle tańczysz. Nie wiedziałem o czerwonym płaszczu, ani o czapce, ani o tym, że nosisz szkła kontaktowe. Nie lubisz wytrawnego wina i owoców morza. Przede wszystkim nie mogłem wiedzieć o tym w jaki sposób będziesz potrafiła mówić do mnie, jak słuchać. Jeszcze wtedy nieświadomy żegnałem się z Tobą i uśmiechałem tylko niezręcznie. Chwilę później zniknęłaś mi z oczu.

Tańczyć w deszczu i śmiać się do łez