Rok 2010

Przepaść

Gdy nadejdzie chwila,
w której zgaśnie płomień ulotnego życia,
zapadnie się przejmujący blask,
kto będzie nad tobą stał?

Życie bez względu na wszystko,
przemija.
Sekunda, minuta, godzina, dzień,
czasu zostaje coraz mniej,
na bycie kimś lepszym
niż się jest.

Bez względu na to, co mieści się po drugiej stronie,
dla nich liczy się co tutaj zrobisz i powiesz.

Chciałoby się postawić linię,
oddzielającą dobre od złego,
tylko zasięg ramion nie pozwala
rysować na taką odległość.

 

Bez smaku

Kubek gorącej herbaty z cytryną,
jak czekolada i owoce, bez smaku.
Staram się za coś zabrać na siłę,
ale nie potrafię choćby na chwilę.

Muszę poczekać, nie widzę wyjścia,
dopóki ciebie nie ma w pobliżu,
to we mnie nie ma chęci do życia.
A może poszlibyśmy na spacer?

Uderzam palcami o drewniany blat,
głuche brzmienie wypełnia pokój,
chwilę później znika po nim ślad,
a we mnie tęsknota wciąż rośnie.

Imię i nazwisko

Niespełnione marzenia zwalają z nóg,
niespełnione obietnice wywołują złość.
Wybierając z kolorowych treści,
kilka dobrych wiadomości,
w tym gwałt na nieletniej,
bo każdy ma coś do powiedzenia.

Tylko brakuje ostrego jak brzytwa,
podpisu, pod nim z imienia i nazwiska,
aby wszystkie elementy złożyć
w zatrważającą całość.

I wszystko nam pasuje i nas nie dotyka,
dopóki nie chodzi o bliską córkę,
nie daj Boże, własną.

Do cna

Mocno przesłodzona herbata,
nijak nie poprawi gorzkiego życia.

Z trzema łyżkami cukru,
kilkoma kroplami cytryny,
smakuje lepiej.

Gorzkiego życia nie osłodzą również,
słone łzy pięknych oczu,
ani z żadnych innych.

Człowiek wyciśnie z drugiego łzy,
jak cytrynę bez strat do końca.

Nic nie będzie tak obce i złe,
jak następny oprawca.

Wracaj

Nie widziałem się z tobą kilka dni,
a już nie potrafię wyjść przed dom.
I cieszyć się nie potrafię drobnostką.
Wracaj szybko, bardzo cię proszę.

Dzisiaj nie mogłem ciebie przytulić,
powiedzieć, że jesteś mądra i piękna,
bo jesteś, przecież dobrze o tym wiem.
Wracaj tutaj, bo ktoś zagubiony czeka.

Nie zobaczę cię ani jutro, ani pojutrze,
nie pochwycę z szaloną radością za ręce,
mocno uderza to we mnie z impetem,
więc wracaj już do mnie czym prędzej.

Bezimiennemu

Nie ma w tym jego patrzeniu,
niczego wielkiego,
niczego wyniosłego,
nie ma nuty miłości.

Gdy patrzy ten młody w dal,
gdy idzie w porannym chłodzie,
to tylko jest iście bezmyślne
i marznięcie bezowocne.

Tak więc, gdy dzisiaj podniosą dłoń,
na dom twój, w którym mieszkasz ? Polskę,
gdy staną na progu i co sił uderzą w drzwi,
gdy przyjdą pod dom twój nocą.
Udasz, że nie dzieje się nic,
choć działa pod okna przytoczą.
To jeszcze powiesz w głos:
Nic tu po mnie przecież,
nieważny dla mnie jej los.

Wejdą nań wtedy z siłą ogromną,
z futryn żelaznych wyważą drzwi
i stanie wszystko w płomieniach,
będziesz uciekał co sił.
Lecz ucieczki nie będzie przed nimi.

Dlatego do serca weź słowa,
że za tą ziemię po której stąpasz,
przed laty ktoś życie oddał.

Inspirowany wierszem Władysława Broniewskiego - Bagnet na broń

Werona

Nie wymagaj ode mnie słów,
jakich Julia musiała słuchać
od Romea, bo wygląda na to,
że ona nie miała wyjścia.

Nie przychodzę pod balkon,
by rzucać kamykiem o szybę,
rozkosznie nawoływać nocą.
I bez tego się nie wysypiasz.

Nie zrobię niczego głupiego,
dopóki ty na to nie pozwolisz.
Widząc świat zatruty do szpiku,
wiem, że wcale nie mamy łatwiej.

Na nas już pora?

Na nas już pora, musimy iść.
Wciąż melodia z ukrycia gra,
nie możemy słuchać dłużej,
bo na nas przyszedł czas.

Rdzawa klamka zapada,
mechanizm uwalnia drzwi
z uścisku stalowych futryn,
za oknem obojętny księżyc lśni.

To droga w jedną stronę,
z tyłu dochodzą nas dźwięki,
wiemy co tam się wydarzy,
w oczach zapalą się świeczki.

W domu gdzie panuje smutek,
nie było nikogo od dawna.
Bezwiednie opada ciało kruche.
lecz to już nie nasza sprawa.

 
Wczoraj pozostaw wspomnieniom

Nie obiecuj sobie zbyt wiele,
po delikatnym muśnięciu warg,
kilku spojrzeniach głębokich

Nie doszukuj się czegoś więcej,
po dzisiejszym spotkaniu,
intymnych słowach szeptem.

Nie potrafi siebie określić,
nie wie czego chce,
romantyzm nie w modzie.

To, co z pozoru wyglądało
na dobry początek,
zamieniło się bezszelestnie w koniec.

Zmiana

Wyjechałem daleko od zielonych drzew,
topią się gwiazdy, jedna po drugiej,
któraś zawisła w czerni, nie patrzę dłużej.
Za sobą pozostawiam boski gniew.

Płonące światła dokąd sięgam wzrokiem,
nienaturalne odbicie w mrocznym zwierciadle,
marzenia dla mnie, jak księżyc, nieosiągalne.
Zrobiło się zimno, nie zamykam okien.

Wokoło, jakby wszystko trwale rozmazane,
podobnie do nieostrej fotografii.
Myśli nieumiejętnie na papier przelane.

Jesienna pogoda nie zaskakuje, jest wietrznie,
marzenia należy realizować starannie.
Tylko wtedy można przeżyć życie pięknie.