Rok 2008

Potwór w szafie

Poskarżyłaś się, że nie możesz spać,
bo potwory zamieszkały w szafie.
Skoro musisz się przytulić mocniej,
to nie pozostawiasz mi wyboru.

Mówiłaś, że będę spał na podłodze,
zapomniałaś dodać, że ty też.
Mogę mówić na łóżko, materac,
ważne żebyś była wyrozumiała.

Sprawdziłbym co jest w tej szafie,
tylko jak ciebie nie obudzić,
gdy śpisz obejmując mnie wpół.
Już wiem, nie będę mógł zasnąć.

 

Podium

Konfrontacja z ciszą zaklętą w tamten wieczór,
odkąd pamiętam z samym sobą regularnie.
Nie musiałem tłumić uczuć na białym papierze,
z każdym małym gestem było coraz łatwiej.

Następnego dnia miało się wszystko skończyć,
przeminąć z bólem wewnątrz nas, bezpowrotnie.
Rozgrzane kamienie, wracam do cudzego domu,
może teraz też śledzisz moje kroki przy oknie.

Widziałem ciebie wtedy znowu bardzo dzielną,
rzucającą na kolana do samej ziemi nieznane.
Płyną nieistotne dni, tak minie kolejny miesiąc,
wiara we wspólne cele zwycięża, wspaniale.

Kiedy siedzisz naprzeciwko

Niewinnie rzucone, ulotne spojrzenie,
daje więcej niż jesteś w stanie przyjąć.
Zaczynasz się zastanawiać, dlaczego,
w innym świecie to stanowczo za mało.

Tu nie ma żadnych obietnic, zobowiązań,
za niczym nie stoją przykre wspomnienia.
Taki obraz wydaję się być niedostępnym,
przecież zawsze musi być źle, albo gorzej.

Doskonale wiemy, to dalekie od prawdy,
tutaj można marzyć na jawie, do woli!
Średnio co drugie życzenie się spełnia,
zwłaszcza kiedy siedzisz naprzeciwko.

Odległość

Nie musisz bać się słów,
wypowiadanych ustami kart,
mijającym czasem spękanych,
których usłyszeć nie możesz,
bo jak?

Nie musisz bać się uśmiechów,
wysyłanych w niezgłębioną dal,
z braku wzajemności, niczyich,
których zobaczyć nie możesz,
bo jak?

Nie musisz bać się dłoni,
wyciągniętych w słońca kwiat,
otoczonych nim, zmarzniętych,
których dotknąć nie możesz,
bo jak?

Musisz bać się strachu,
powstającego łatwo w dniach,
poddając w wątpliwość mnie,
którego pokonać nie mogę,
bo jak?

Ulica

Nie lubię rozdawać darmowych uśmiechów,
patrzę prosto w oczy, głęboko ukrywam myśli.
Jeżeli wydaję się tobie, że mnie trochę znasz,
masz rację, tylko ci się wydaje, nic poza tym.

Nie poznasz mnie w biegu zagubionych ludzi,
oni mają wyrobione zdanie na temat wolności.
Klapki na oczach powszechne, związane ręce,
różny widzimy świat, innej szukamy miłości.

Rozpaliłbym z pieniędzy ogromne ognisko,
narażając się na powszechne niezrozumienie.
Ten sam język, a nie potrafimy się dogadać,
to proste, poza nim, wszystko inne nas dzieli.

Mury, które nie runą

Może nie rozpogodzisz pochmurnego dnia,
nie uchronisz przed zimnem, ani deszczem,
lecz choćby wiatr z najtrudniejszych wiał,
twoje istnienie daje siły znacznie więcej.

Przecież ciągle jestem na tej samej ziemi,
niemniej coś się zmieniło, nadal zmienia,
w skupieniu głęboko w siebie wpatrzeni.
zrozumieliśmy, czasem warto się otwierać.

Zbudować uczucie jak mur, który nie runie,
nikt nie podpowie w jaki sposób to zrobić,
ile trzeba czekać, za którą pociągnąć strunę,
aby móc od przeciwności losu się uwolnić.

Co będzie jutro?

Ostatnie kilkanaście dni pachnie tobą,
zniewalający zapach, tego nie mam dosyć.
Od wtorku do czwartku odurzony mocniej,
wbijam wzrok w kruche kartki kalendarza.

Funkcjonujesz w mojej ścisłej przestrzeni,
gdzie nikt nie zrozumiał dziwnych zasad,
przyznaję, że sam często jestem zagubiony,
mimo starań bardzo często nie wychodzi.

Mnie nie wystarczyłoby odwagi zwycięskiej,
nad uprzedzeniami, brakiem wiary w siebie.
Może często trzymam w rękach niewidzialne,
przez co puszczam mimowolnie, najwyraźniej.

Wokoło dobro ze złem to brudna szarość,
podobna do koloru miejscowych kamienic.
Jesteśmy w stanie pokolorować mały dom,
potrzeba tylko tęcze w kolory zamienić.

W dniu jak ten

Nie znam siebie wystarczająco dobrze
i słów tyle, aby wyrazić to, co czuję.
Jeżeli trzeba, stworzę zupełnie nowe,
nie mając gwarancji, że to pomoże.

Wdycham głośno mroźne powietrze,
o ścianę rozbijam szklankę z wodą,
po kilku godzinach jednak zasypiam,
nie poznaje siebie, zmysły zawodzą.

Gdy wyjrzysz przez okno, zobaczysz
moje samopoczucie w pochmurnym dniu.
Po oknie nie ściekają krople deszczu,
to moja tęsknota, zamieniona w łzy.

Poza

Nie oglądajcie się na nikogo, gońcie ideały,
bez skaz, bez głupich nazw, niepowtarzalne.
Stań w miejscu jeśli potrzeba, nie upadniesz,
wyglądasz jak z kolorowej okładki, genialnie.

Walcz do końca, żeby nie było trzeba dobijać,
przecież szkoda czasu na kopanie leżącego.
Dobrze atakować szybko i koniecznie od tyłu,
to zaskakujące jak łatwo można ominąć blok.

Spójrz, nie potrzeba nadludzkich zdolności,
wystarczy się zatrzymać, nie wymagam więcej.
Poezja zlepkiem słów, serce tylko mięśniem,
giną dobre pośród złych czyny najmniejsze.

Agresja rodzi agresję to nazbyt oczywiste,
Bardzo chcę, żeby z dobrem było tak samo,
Przepraszam, czy słyszałem słowa poparcia?
Wytężam słuch, widocznie mi się zdawało...

Dzięki tobie

Dzięki tobie,
wierzę w marzenia,
które nie kończą się,
na ich wypowiadaniu.

Są tak niepodobne,
do obietnic przedwyborczych,
naciąganych egoizmem haseł.

Zupełnie nie przypominają,
tonących w mroku bram,
powybijanych złością szyb,
zardzewiałych obojętnością krat.

Najdalej im,
do nieludzkiej agresji,
którą na co dzień spotykam,
zaginął słuch o szacunku,
dzieci wychowuje ulica.

A jednak chcę żyć
zmienić choćby,
małą tego część.
Dzięki tobie.

Nie milczysz

Milczenie w twoim przypadku,
zdecydowanie nie jest złotem,
nie jest też diamentową kolią,
to wszystko można kupić.

Wśród bezcennych dźwięków,
jak pod kroplówką pacjent,
oczekuję jedynego gościa,
trochę więcej rzeczywistości.

Wierzę mocno, nie milczysz,
przenikasz mnie spojrzeniem,
siadamy na szczycie świata,
zapominam co to zwątpienie.

Odrobinę z dziecka

Upływający czas zamknął kolejny rozdział,
szczęśliwych i smutnych dni już nie odda.
Teraz przeszłość ustępuje miejsca przyszłości,
coraz śmielej powtarzają z ukrycia ?dorośnij.?

Dzieciństwo, gdzieś w oddali za plecami,
dziś już nie przystoi bawić się zabawkami.
Trzeba zacząć traktować życie poważniej,
zadecydować, co jest tak naprawdę ważne.

Odnajduj szczęście w małym ziarnku piasku,
filiżance kawy, każdym kolejnym poranku.
Wiara w co wierzysz niech będzie wieczna.
I pamiętaj! Ocal w sobie odrobinę z dziecka.

Dzień przed

Na pożegnanie składam na twych ustach swoje,
może już tego nie czujesz, przytulam mocniej,
po chwili wypuszczam szczęście, musisz odejść.

Jest ciemno, stawiam kolejny głuchy krok,
w mojej głowie smutna melodia, pozytywka,
odwracam się, przeszywam wzrokiem mrok.

Zostawiam marzenia by tam realizować inne,
będzie bardzo trudno to przecież oczywiste,
nie szukam wymówek, nikt nie jest winien.

Spływający żal, może znowu popełniłem błąd,
patrzę, przede mną droga długa i trudna,
żeby więcej nie wypuścić ciebie z rąk.

Czerwone światło

Jesteś w stanie podnieść rękę na nią, jak to?!
Za oknem wiatr huczy, przejeżdża samochód.
W jej oczach krystalizuje się złość i strach.
Zapada spokojnie zmrok, rozświetla się ulica.

To już nie jest podniesiony głos, a krzyk.
Ktoś wchodzi po schodach, zapala światło.
Rozkwita w niej nienawiść, bo jak inaczej?
Niedaleko przejeżdża karetka na "sygnale".

Powoli zaczyna tracić siłę, nie wytrzymuje.
Otwierają szampana, bo nadeszli goście.
Opadła ręka, osunęła się powoli na ziemię.
Niedopałek papierosa rzucony przed siebie.

Właśnie ktoś usnął, tak mocno, na wieki.
Nowożeńcy nie będą ze sobą szczęśliwi.
Budować szczęście na tragediach innych,
Jak można? - tego nigdy nie zrozumiem.

Cierpliwość

Jeszcze dzisiaj nie ma dla nas miejsca,
nic się nie stało, wystarczy poczekać.
Grzecznie zajmujemy miejsce na ławce,
Chwytasz moją zimną dłoń, delikatnie.

Nie wiem nawet jaka to pora dnia,
Chyba poranek, wyczytuję z barw,
Wspólnie czekamy na naszą kolej,
bez pustego hałasu o nic, spokojnie.

Teraz, poza nami, nie ma niczego,
słodka radość miesza się ze łzami,
pada deszcz, chcę przy tobie zostać.
Pamiętaj, nie możemy się poddać.

Znamy się prawie rok

Ani razu nie rozmawialiśmy w cztery oczy,
za każdym razem było ich znacznie więcej.
Zabrakło choćby kilku szeptem słów.

Może gdybym w odpowiednim momencie zamienił,
najmniej zawstydzającą myśl w słowa,
to dzisiaj mógłbym ciebie słuchać częściej.

Może gdybym wtedy podszedł, byłaś blisko,
czułem twój oddech, zdecydowanie szybszy,
to teraz mógłbym słyszeć bicie twego serca.

Może gdybyś wtedy napisała do mnie "To ja...",
znowu zabrakłoby słów, żeby odpowiedzieć,
uratowalibyśmy iskrę przed zagaszeniem.

A gdyby to gaszenie nie było tak skuteczne,
to może rozstalibyśmy się po miesiącu.
Właśnie wtedy miałaś urodziny.

Odpowiedź

Nie żałuję, że napisałem, ani trochę,
trochę żałuję, bo napisałem późno.
Za późno może, zdecydowałem się na to.

Nie żałuję tego, że się spotkaliśmy,
spotkaliśmy się chyba trochę za późno,
Za późno może, zdecydowaliśmy się na to.

Myślę o tym zaskakująco często,
o tym, co się wydarzyło między nami,
myślę bardzo często, musisz wiedzieć.

Przyjemnie jest myśleć o pięknej twojej twarzy,
rozświetlonej promiennym uśmiechem radosnym.

Gdy odchodziłem to było strasznie nieprzyjemne.

Nieprzyjemnie jest wypadać z błękitnego nieba,
wprost na ziemię twardą, kamienną i brudną.

Jesteś poetą

Być może nie poczuję dotyku twojej dłoni,
następnym razem do domu odprowadzi inny,
wiedz, że byłem wtedy najszczęśliwszym,
dziękuję za kilkanaście pięknych godzin.

Pamiętaj, zawsze będę po twojej stronie,
nawet, gdy nie odczujesz mojej obecności,
za tydzień pewnie nie będzie mnie tutaj,
jednak na rozstaniu życie się nie kończy.

Chciałbym ci tyle powiedzieć wcześniej,
jednak myśli nie potrafię zmienić w słowa,
mówią mi "Jesteś poetą", odpowiadam "nie",
skąd... prawdziwy poeta nie zostawiłby jej...

Na pewno

Często towarzyszy nam zgubne zwątpienie,
brak pewności, czy aby na pewno się uda.
Czy aby na pewno starania mają sens,
rezygnować z pewnych spraw dla innych.

Nikt nam nie obiecywał, żę będzie łatwo
i nie uprzedził, że będzie tak trudno.
Ktoś znowu wstaje, by kontynuować dzieło,
mawiają, że losy są przesądzone z góry.

A mi się wydaję, że to ode mnie zależy,
czy wyskoczę oknem w ten słoneczny dzień,
kwiat złożę w jej rękach lub na grobie,
poprawię niedopracowany smutkiem wiersz.

Niedoścignione marzenia

Można przebiec 100 metrów w niespełna 10 sekund,
czyli pokonać 10 metrów schodząc poniżej jednej.
Czynnie walczyć o prawa bezbronnych zwierząt,
szanować zdanie innych, tak trudną odmienność.

Uczestniczyć w ruchach przeciwko przemocy,
zapisać się trwale na wieki nie wiedząc o tym.
Każdej niedzieli klękać szczerze gdziekolwiek,
pomagać unieść ciężki krzyż bezinteresownie.

Otwierać zamykające się oczy poświęceniem.
Odganiać niepowodzenia, rozpogadzać niebo.
Codziennie ratować świat wyłączając światło,
Postarać się by czyjeś marzenie nie zgasło.

Do złego dnia dopisać przepiękne zakończenie.
Tylko czy stać nas na coś takiego? Nie wiem.

Pół-spacer linią

Mężczyzna zarażony wirusem HIV,
nastolatka pogotowia opiekuńczego,
matka zabijająca własne dziecko.

Chłopak z podwiniętym rękawem,
maluch oddycha niesamodzielnie,
ten pan nie ma się gdzie podziać.

Zraniony cywil umierający w słońcu,
uczestnicy wypadku samochodowego.
Można zejść mniej spektakularnie.

Można podziać cele, zgubić listę,
spraw naprawdę ważnych.

Zatrzymać się na chwilę, w miejscu,
z myślą o innych nie stracić sensu.

Perspektywa

Mogę pokolorować obrazek,
jak wywołane zdjęcie 10x15,
obrócić później w pył ponownie
Nie mam wpływu na długi negatyw.

Mogę pomalować pokój, albo dwa,
komnata to: dobrych i złych chwil,
uciec daleko i nie pamiętać adresu,
farba będzie ściekała po rękach.

Mogę wypełnić dom, albo pałac,
coś czego nigdy nie posiadałem,
wszystko zrównać z matką ziemią,
znikną mury. Wiem, że pozostaną.

Postarasz się dwa razy na zawsze,
bo serce coś podpowiada dyskretnie,
ale Ty i tak tego nie zrozumiesz.

Biegnij...

Widzę, że starasz się dobiec do celu.
Pewnie przecinasz zimną przestrzeń.
Z każdym kolejnym skokiem jest bliżej,
wycisza się oddech, krzyczy nadzieja.

Słyszę, uderzenia są coraz częstsze.
Przed twardymi kłodami szybki uskok.
W ten sposób ciebie nie zatrzymają,
wzmaga się wiara, ustępuje zmęczenie.

Czuję jak Ty, że jesteś już blisko.
Spoglądasz wymownie w dal, tam meta.
W drodze do miejsca przeznaczenia,
zamykasz oczy, bardziej przyspieszasz.

A Ja powiem "zwolnij", bo i tak nie zdążysz.
Widziałem Twoją porażkę kiedyś na filmie.

Sprawa nr 367

Każdego ranka następuje cudowne przebudzenie,
dwie myśli, czy jesteś cała i czy to prawda?
Ulotność życia, to wyrok, który już zapadł,
chciałbym, jednak nie można złożyć apelacji.

Nikt nie przewidział adwokata, nawet z urzędu.
Świadomość ta jednak nabiera innego wydźwięku,
gdy codzienność przeplata się z twoim głosem.
Chciałem bardzo dużo, dostałem jeszcze więcej.

Czasami na kolanach, w rękach tysiące spraw,
które w większości są głupie, pozbawione sensu.
Patrzysz w górę, wbijasz wzrok w ziemię ojców,
za mało, za mało dajesz z siebie, zdecydowanie.

Krok do przodu

Chciałby wstać i wybiec na powitanie,
tak wypada witać, tak jest kulturalniej.

Chciałby podać rękę, wprowadzić do domu,
puszczamy gościa przodem, tak przystoi.

Chciałby zamknąć proste drzwi i otworzyć,
tym bardziej jeżeli gościem jest kobieta.

Jakby przykuty, patrzy daleko w przestrzeń.
Metal, guma, szprychy, ktoś mu nogi spętał.

Cierpliwie wysłuchuje o niesprawiedliwości,
Chciałby na chwilę odejść od jej postanowień.

Zrobić krok do przodu, bez żadnych metafor.

Utracony głos

Straszny jest los, gdy kurzy się zewsząd,
nic nie widać, nie słychać, poznałem to.
Dzisiaj, nie chcę oglądać się za siebie,
na nic, bracie, słowa, gdy nie masz wiary.

Ktoś patrzy ci w oczy i krzyczy: "Uwierz!",
kolejny raz opadają ręce, utracony głos.
Uderzają w oczy hasła: wolność i szczęście,
nie warto było uczyć się czytać, nie warto.

Chciałoby się to poczuć, jak słodki wiatr,
jak słowa - kule przeszywające słabą duszę.
Padnij i powstań, przecież to nie poligon
wiedz, że wierzyć Tobie, bracie, nie muszę.

Poranna nuta

Poranek, chłodniejszy niż zazwyczaj jest,
Świat znowu nie chce zatrzymać się,
dziś na nas nie poczekał.
Ale my nie możemy odejść stąd,
bo ktoś popełnił głupi błąd...

Wybacz, jeżeli kiedyś będzie źle,
ja wtedy zmienię życia bieg,
byś mogła znów uśmiechać się...
Obiecuję.

Najdalej, gdy będziemy kiedyś sam na sam,
będę chciał by oślepił mnie życia blask,
by móc uwierzyć, upaść i wstać,
bym mógł na zawsze przy Tobie trwać.

Wybacz, jeżeli kiedyś będzie źle,
ja wtedy, zmienię życia bieg,
byś mogła znów uśmiechać się...
Obiecuję.

Plus, minus

Nie będę liczył plusów ani minusów,
nieważne co teraz stanowczo przeważa,
ja pragnę mieć trochę więcej spokoju,
od poniedziałku do wtorku, chociaż.

Otaczają mnie anomalia niepogodowe,
i ludzie, są jak czeki bez pokrycia,
na niczym za bardzo nie można polegać,
można natomiast bardzo pewnie polec.

Rzeczywistość wciska czarne okulary,
ty wpychasz mi swoje własne soczewki,
nie wiem czy potrafię przez nie patrzeć,
a to, że chcę, teraz nie ma znaczenia.

Czy wiesz, że...

z twoich ust nawet herbata smakuje lepiej?
Choćby ta najtańsza, z supermarketu.

Przy tobie wszystko staje się niebieskie,
uwielbiam to.

Nie potrzebujesz:
trzech kont, biżuterii i samochodu,

masz mnie,
chociaż jest chłodno,
nam jest cieplej.

Tylko ołówek

Ktoś zamknął drzwi i okna,
ty otworzyłaś swój umysł,
a może i serce.

Nóż, niekoniecznie służy do zabijania,
serce, niekoniecznie do ranienia.
Marzenia nie są dywanem,
ludzie, nie świnie,
nie wszyscy lubią błoto.

A niektórym i tak wystarcza tylko ołówek,
taki zwykły, bez gumki.

Szarobura fotografia tryska głębia barw,
nawet jeżeli już jej nie mam.

Nie lubię małych miast

Słupsk jest małym miastem,
nie lubię małych miast,
ale może dzięki temu się poznaliśmy.

Polskie miasta są brzydsze od zachodnich,
po dzisiejszej rozmowie z tobą,
tu wydaje się być wyjątkowo ładnie.

Robię błędy ortograficzne,
ostatnio ktoś mi przypomniał.
Skupiam się nadal nad błędami życiowymi,
niech inni uczą się ortografii.

W życiu są chyba ważniejsze sprawy,
zresztą, najważniejsza i tak jesteś ty.

Łamiąc ciszę

Jedno słowo może zatrzymać kogoś w biegu
i serce w miejscu.

Jest duże prawdopodobieństwo, że otworzy oczy
i zatrzyma źrenice.

Jest szansa, że oświetli komuś drogę
i oślepi na amen.

W jednym słowie, po którym martwa cisza,
umiera także dusza.

Szarość, szarość, szarość
złotem jest, złotem
milczenie,

gdy słowo nie kamieniem,
a ołowianą kulą,
na wskroś, to tylko draśnięcie.

Bez palety barw

Wystarczy rozejrzeć się wokoło,
twarze ludzi smutkiem malowane,
ponieważ los dostał dwie kredki,
bez palety barw życia czarno-białe.

Żal, gdyby tak skroplić się mógł,
powodzi takiej nie widział świat,
spokojny szum największego oceanu,
a brata nie poznałby więcej brat.

Tęcza to różne odcienie szarości,
za sprawą braku szlachetnych uczuć,
bez przyjaźni, wrażliwości, miłości
krążą nad nami miliony złych duchów.

Jeden nie wierzy w duchy,
drugi w przyjaźń, czy w miłość,
trzeci poddaje w wątpliwość wrażliwość...

Wiem, że nie wiem

Co byśmy zrobili gdyby przyszedł koniec świata?
Nagle, jak uczuć potężny wiatr uderza o żagle.
Daję sobie rękę uciąć, na pewno nas nie uprzedzi!
Nie potrzebuję rąk by z Piotrem się przywitać.

Wiele osób zamknęło dzisiaj ostatni raz powieki,
z naturalnych i mniej sprawiedliwych powodów.
Staje w oczach świat, w ogóle się nie zatrzymuje,
przecież to takie oczywiste, tak strasznie.

Wiem, że nie wiem, kiedy ostatni zmorzy mnie sen,
mam głęboką nadzieję, że nie doznam olśnienia,
Byś nie płakała wtedy przy łóżku z białą pościelą,
bo są ludzie jak ja, którzy tego nie zrozumieją.

W barwach szczęścia ponad tęczą zwyczajności

Oczy tęsknią do widoku twojej postaci w pobliżu,
serce wali jak młotem, zagłusza wszelki spokój,
ręce najmocniej wyrywają się w pustą przestrzeń,
jakby chciały objąć, przyciągnąć, nie puszczać.

To tyle, jeżeli chodzi o ten wieczór, sam jestem,
nie pytaj czy tęsknię, retorycznogłupie pytanie,
chociaż sam chciałbym słyszeć co chwilkę z oddali,
"Wiedz, że ja też za tobą tęsknię kochanie..."

Za głosem tym podążam, biegnę do tych ramion,
w barwach szczęścia ponad tęczą zwyczajności,
staję z małym kubkiem pod radości wodospadem,
przeczuwając, że przyjdzie się mierzyć z oceanem.

Może dzisiaj

Być może mieszkasz dwie ulice dalej
i przez to jeździmy różnymi autobusami,
do szkół, sklepów i centrum.

Może miałem o trzy punkty za mało,
a ty o pięć za dużo w gimnazjum,
przez co nie chodzimy do budynku,
tego samego imienia.

Może mijaliśmy się dzisiaj rano,
w pośpiechu, ulice, światła,
zasępione twarze, brudne samochody

i to nie miał być zbieg okoliczności,
tylko przeznaczenie...

Złożyłbym niebo u twoich stóp

Twój wizerunek, nawet gdy nie zamykam powiek,
otaczasz mnie, spojrzenie, falujący oddech,
Unosisz się, opadasz, jesteś tu obok i znikasz,
tym wszystkim tak mocno we mnie przenikasz.

Słowa płynące z ust twoich dla mnie, najważniejsze,
innych nie potrzebuję dzisiaj, nie chcę.
Nie istnieje wtedy inny zaokienny szary świat
Gdy jesteśmy sam na sam, twarzą w twarz.

Teraz również, gdy dzieli nas tysiąc kilometrów,
na wyciągnięcie ręki jesteś, to niedaleko,
nie odwracaj się proszę, nie zwalaj mnie z nóg,
bo złożyłbym niebo u twoich stóp, gdybym tylko mógł.